„Poczekalnia marzeń”

„Poczekalnia marzeń”

– spotkanie autorskie z Krzysztofem Czarnotą

video-relację oprac. Anna D.

Przebieg spotkania (fragmenty video-relacji):

Pan Krzysztof: „Marzenia mają termin gwarancji, to z jednej strony…, to o czym marzymy, a potem się one jakoś tam ulatniają, to może nie były takie…”

Czytelniczki: „Ważne.”

Pan Krzysztof: „Tak. Nie były takie ważne. Ale rzeczywiście na spełnienie jednych czeka się krótko, mamy je od tak. Na niektóre latami…, nie ma zupełnie reguły, ale gdzieś tam, te takie prawdziwe, mocne marzenia…”

Czytelniczka: „To jest pan szczęśliwym człowiekiem?”

Pan Krzysztof: „Tak. Nie dopuszczam innej myśli :)”

Inna myśl Pana Krzysztofa: „A  jak otwierasz wiadomości, czy jakikolwiek dziennik i tam jest jedno po drugim, tego okradli, tego zabili, ten się z tym zderzył…, ja mówię…, to nie jest tworzenie sztucznego świata negatywnego?”

Czytelniczki: „Tak. Tak.”

Pan Krzysztof: „Przecież taki świat nie jest. To ja, jeżeli jest prawo do tego, żeby tworzyć i codziennie nas faszerować takim światem negatywnym; to ja sobie daję prawo do tworzenia świata na tak, mój świat jest na tak!”

Pan Krzysztof czyta fragment powieści autobiograficznej „Poczekalnia marzeń”:

„Tytuł jest Wegetariański myśliwy:

Przyszło to do mnie w momencie, kiedy stałem trochę na rozdrożu. Stare pomysły, koncepcje, zamierzenia traciły powoli swoją siłę, aktualność, wypalały się zwyczajnie, dobiegając terminu gwarancji i odchodząc w niebyt robiły miejsce nowemu. Tyle, że to nowe ciągle jeszcze nie pojawiało się na widnokręgu. Wiedziałem, że coś się kończy, że pewne rzeczy przestają mnie pochłaniać, interesować, budzić emocje. Zdawałem sobie też sprawę, że już długo nie będę w stanie robić tego, co robię, a jeśli nawet tak się zdarzy, to nie będzie w tym pasji, ognia i sensu. Być może chłodna logika, kalkulacja, jako takie bezpieczeństwo, znajomość rzeczy, przemawiały za trwaniem przy starym, ale wcześniej nigdy nie były to dla mnie argumenty, z powodu których musiałbym robić coś, co nie cieszy i nie daje pełnego kopa.

Czułem, że zaskakuję z jednego konia, że za chwilę musi pojawić się nowy koń, na którego wsiądę i pogalopuję dalej przez życie z rozwianym włosem i wypiekami twarzy. Ale tego drugiego, nowego konia ciągle nie było na horyzoncie. Z doświadczenia wiedziałem, że coś prędzej czy później się narodzi, że trzeba cierpliwie przeczekać, bo to etap przejściowy.

W takim mniej więcej czasie przyszło do mnie łowiectwo. […]. Wszystko szło jak po sznurku. Egzaminy zaliczyłem bez kłopotu i wkrótce zostałem członkiem Polskiego Związku Łowieckiego.

Prawdę  powiedziawszy od początku miałem wrażenie, że to towarzystwo jest trochę nie moje, jakby z innej bajki, nie do końca pasujące do moich wewnętrznych potrzeb. […].

Uświadomiłem sobie, że tak naprawdę, to ja nie lubię broni. Jest dla mnie dziwnie zimna, ponura i martwa, tak jak obiekt, w który jest wycelowana po naciśnięciu spustu. Że gdzieś w głębi duszy nie chcę jej posiadać, używać. To złe słowo używać, broń służy do zabijania, a ja nie chcę zabijać.

Wyobrażając sobie z bronią siebie samego, zawsze odczuwałem jakiś fałsz, żeby nie powiedzieć zgrzyt. Z początku był on dość skutecznie zasłaniany nową pasją i emocjami, które się z tym wiążą, ale z czasem uwidaczniał się coraz bardziej. Przez całe życie nigdy nie miałem żadnej broni, nie była mi do niczego potrzebna. Nie czułem się zagrożony, ani nie ciągnęło mnie do jej posiadania. Ot, po prostu nie moja bajka. I teraz, co mam mieć specjalną szafę, ściśle strzeżoną, zamykaną na klucz. Paradować z giwerą i strzelać tak naprawdę dla przyjemności, bo żadnymi względami przetrwania nie da się tego obronić… […].

Dowiedziałem się również czego na pewno nie chcę robić. Oczywiście najlepiej byłoby od razu wiedzieć, co się chce robić i w którą stronę podążać, ale nie w każdym momencie ta wiedza jest dla nas dostępna. Od czegoś trzeba zacząć, zwłaszcza w momentach życiowych zawirowań i zakrętów. Bywa, że w jakiejś chwili nie widzimy specjalnie przyszłości, nie mamy na siebie pomysłu, nie do końca wiemy, co byśmy chcieli i nie klaruje się akurat jakaś cudowna wizja, która wytycza drogę. Czasem w takich momentach trzeba zacząć od tego kim nie jesteśmy i czego na pewno nie chcemy. A kiedy to ogarniemy, nagle okazuje się, że chmury przed nami się rozstępują, wychodzi słońce, a nowe pomysły i koncepcje są na wyciągnięcie ręki.

Sprawdziłem, u mnie to działa. U kogoś innego oczywiście nie musi. Są ludzie, którzy nic nie muszą robić, bo żyje im się cudownie, wszystko mają zaprogramowane na tip top, są szczęśliwi, spełnieni, zdrowi, bogaci, piękni i oczywiście młodzi. Chociaż prawdę mówiąc takich nie znam. Dla odmiany przyglądam się wielu ludziom, którzy mozolą się z każdym dniem, żyjąc jakby nie w swojej bajce, ciągle walcząc i idą pod prąd. Zadziwiające, ale niewielu z nich wychodzi poza własne szyny, utarte schematy, wydeptane ścieżki. Powodem jest pewnie bliżej nieokreślony strach, brak wiary w siebie, a bardzo często oczekiwania i opinie innych ludzi.

Epilog mojej myśliwskiej przygody jest taki, że postanowiłem zrezygnować z dziczyzny i po wielu latach wróciłem do niejedzenia mięsa. Mięso nigdy specjalnie mi nie służyło, nie byłem też przykładem klasycznego mięsiarza, zawsze uwielbiając wszelkiego rodzaju zieleninę. Teraz w ciele jakby zdrowiej, we łbie jaśniej, sił też chyba więcej. Jeszcze w dłuższej perspektywie może się okazać, że całe to nieporozumienie z łowiectwem, to wcale nie strata czasu i finansowe nieszczęście, ale mądrze pomyślana inwestycja”. [„Poczekalnia marzeń”, Krzysztof Czarnota, wyd. Pan Misiek, wyd. I, 2020, s. 241 – 247].

Pan Krzysztof: „Po pierwszej powieści „Niosącej radość” ja się szybko zorientowałem, o czym nie miałem w ogóle pojęcia, że nie wiem, czy piszę na tyle sugestywnie…, w zasadzie do dzisiaj nie wiem na czym to polega, że ludzie losy moich bohaterów odbierają jako moje? […]. I tam jest…, w pierwszej powieści „Niosącej radość” jest doktor Maria, pani weterynarz, którą bohater poznaje, jakoś tam zaprzyjaźniają się, jest wielka miłość. I wszyscy moi znajomi, koniarze, na różnych spotkaniach…, byli przekonani absolutnie, że moja żona jest lekarzem weterynarii. Mimo, że imię zmienione. I było nieraz na imprezie tak, że… „wie pani, bo tam pies się zatruł mówi do mojej małżonki i coś się stało… i tam coś mu lekarz podał, to dobrze, czy niedobrze?” Ona nie bardzo wiedziała, myślała, że jest tak wpuszczona w maliny 🙂 Inny koniarz opowiada „wie pan…, bo tam ochwat jakiś i tu… i lekarz, i to i to zrobiliśmy. A co ja tam będę pani gadał, jak pani jest lekarzem weterynarii :)”

Czytelniczki: 🙂

Pan Krzysztof: „I takich było sporo historii. Z kolei w Czarodziejach Koni jest taki…, wymyśliłem taką postać kozaka Zachara, który jest na Podole, w końcu przyjeżdża na tę Zamojszczyznę, żeby gdzieś tam przy koniach ostatnich lat dożyć. I pewien czytelnik mi przysłał nawet… „no i pozdrów Zachara, bo przecież pewno jeszcze cały czas u was jest. 🙂 I co miałem powiedzieć? Dobra! ;)”

Czytelniczki: 🙂

Pan Krzysztof: „W sytuacji kiedy jest ci jakoś słabo, kiedy czujesz się źle, mówisz sobie coś zupełnie co innego, że z każdą chwilą czuję się lepiej, lepiej i lepiej. I za trzecim razem zaczynasz w to trochę wierzyć. My warunkujemy w jakimś sensie nasz umysł i on… – w ogóle te badania, o których zacząłem mówić, to Braden udowadnia, że na przykład nasza wątroba ma zakończenie nerwowe, że jesteśmy w stanie umysłem dotrzeć, uzdrowić. […]. Chcesz z tego wyjść, czy nie chcesz z tego wyjść? Daj podświadomości sygnał, że tobie naprawdę na tym zależy. […]. W każdym razie to o czym mówimy, czyli o psychice, to dzisiaj to już nie są domniemania, tylko to już dzisiaj można pobadać. I są na to dowody, są fantastyczne książki. Jest taka trójca teraz Dispenza, Bruce Lipton i trzeci mi wyleciał w tej chwili z głowy… Gregg Braden. To są ludzie, to są naukowcy, którzy właśnie piszą o zdrowiu, piszą o naszej psychice, jakby od zupełnie innej strony, jakby tej naturalnej, ale powołując się na absolutnie badania naukowe. I na przykład kwestia strachu – strach bardzo niszczy naszą odporność i to już dzisiaj nie są opowieści, tylko to są fakty naukowe. Więc jeżeli chcemy być zdrowi, chcemy sobie dobrze życzyć, a rozumiem, że każdy normalny człowiek ma takie życzenie, to nie możemy poddawać się tego typu myśleniu. Myśli, to jest podstawowa sprawa, myśli kreują nasze życie, więc obcinają nam w drastyczny sposób odporność i to jest bardzo ważne co myślimy, ważne jak się nastawiamy. Nigdy nie możemy myśleć źle.

…To jest taka historia, że przychodzi facet do lekarza i lekarz mówi „no wie pan, pan usiądzie spokojnie, pan weźmie trzy głębokie oddechy. Proszę pana, ma pan raka, zostało panu trzy miesiące, ale niech się pan nie martwi”, [pacjent]: „jak ja mam się nie martwić?”, [lekarz]: „to szybko zleci ;)”.

Czytelniczki: 🙂 🙂 🙂

Pan Krzysztof: „I wiecie, to jest ten taki trochę optymizm w polskiej wersji :)… A kto jest ten niepoprawny optymista? To jest ten, co temu lekarzowi nie uwierzył i przeżył ;)”

Czytelniczki: 🙂

Pan Krzysztof czyta fragment z Poczekalni marzeń:

„Któregoś razu dotarła do nas pani Małgosia.

– Wie pan, przez lata trułam ludzi, po lekturze pana powieści kupiłam dziesięć egzemplarzy książki, rozdałam swoim szefom i przełożonym, razem z podaniem o zwolnienie. Dzisiaj pracuję w firmie, która zajmuje się ratowaniem zdrowia – powiedziała przy parującej kawie.

Ale pani Małgosia była raczej wyjątkiem. Do kuhailańskiej krainy zaczęli przybywać bardzo różni ludzie. Były w naszym kresowym domu momenty, że brakowało kubków na herbatę, a goście siadali na podłodze. Śmiałem się mówiąc do żony, że muszę pojechać do Warszawy, żeby odpocząć od ludzi. W znakomitej większości przyjeżdżali z miasta i wszyscy, no może prawie, przybywali w jednej sprawie: Mieli potrzebę, aby przekonać się na własne oczy, że ktoś był w stanie zrobić to o czym oni marzą od dawna, ale ciągle brakuje im odwagi. Że był w stanie zmienić swoje życie.

Wtedy zrozumiałem jak bardzo boimy się zmian i jak często nasze marzenia, wizje, plany przegrywają z tym strachem. Wszyscy dążymy do bezpieczeństwa i stabilności, a zmiana niesie z sobą element ryzyka. Boimy się ryzykować, wynajdujemy mnóstwo argumentów, na czele z tym, że lepsze byle jakie ale znane, niż niepewna przyszłość. Ile razy słyszeliście, że lepszy wróbel w garści niż gołąbek na dachu…? I tak siedzimy pokornie przez całe życie, jak te wróble w stodole, zamiast latać jak orły.

Marzymy, żeby nasz statek pływał po szerokich wodach z dumnie rozpostartymi żaglami, odważnie przecinał fale, zawijał do ciekawych, nieznanych portów i odkrywał nowe lądy.

Chcemy zmian w naszym życiu, ale jakże często strach przed podniesieniem kotwicy i zwinięciem cum paraliżuje nasze działania. Bo przecież stabilność i bezpieczeństwo.

Należę do ludzi, którym zmiana towarzyszy przez całe życie. Cały czas coś zmieniam, próbuję, zaliczam kolene klasy szkoły życia, zgłębiam nieodkryte dziedziny, realizuję nowe marzenia. Nigdy też nie żałowałem swoich zmian i wyborów, traktując je jako doświadczenia i lekcje. Wiem też, że stabilność i bezpieczeństwo są we mnie, a zewnętrzne okoliczności nie mają na nie żadnego wpływu. Ty jesteś prawdziwą opoką i fundamentem, a nie super praca, którą i tak jutro możesz stracić, partner, który za chwilę może odejść, czy koniunktura, która zaraz może się odwrócić. Stabilność i bezpieczeństwo nosisz w sobie niezależnie od tego, co dzieje się za zewnątrz.

Medycyna Chińska mówi: woda stoi, woda gnije. Feng shui za niezwykle korzystny uważa łagodny, delikatny przepływ wody, powietrza, energii. Zmiana to ruch. Mała zmiana pociąga za sobą większą, ta jeszcze większą i wreszcie zmienia się wszystko. Małe zmiany czynią cuda.

Dlatego, żeby odmienić coś w swoim życiu wcale niepotrzebne są wielkie rewolucje, dramatyczne rozstania, czy wygrana w totka. Czasem wystarczy zmienić jedną małą rzecz, wprowadzić do życia niewielki nowy element, pożegnać się raz na zawsze ze starym szkodzącym nam nawykiem. Zrealizować dawno odkładane marzenie, niekoniecznie od razu to największe i najtrudniejsze, może zrobić sobie przyjemność, na którą od zawsze brakowało czasu, sposobności, kasy. W każdym razie wyjść poza schemat, sztampę, matrycę zwykłego, szarego dnia.

To może być nawet książka, której tytuł wpadnie Wam w oko przez szybę księgarni i poczujecie nagle, że chcielibyście ją przeczytać. Możliwości są wokół nas i w każdej chwili rodzą się nowe. Potrzeba tylko trochę uważności, żeby w ogóle je dostrzec i odrobinę odwagi, żeby spróbować, może czasem trochę zaryzykować, aby odkryć nieznane.

Kluczowe jest również, by zmieniać siebie, wyłącznie siebie i na tym wszelkie zmiany zakończyć. Najczęściej bywa niestety odwrotnie. Przecież ja doskonale wiem, co komu potrzeba, co powinien, jak ma żyć, co robić, na co wydawać pieniądze. Tyle, że wujek „Dobra Rada” najczęściej nie potrafi poradzić samemu sobie.

Znam też takich gości, którzy ciągle zmieniają. Jolkę na Gośkę, Gośkę na Zośkę, Zośkę na Wacka – tu trochę przesadziłem. Zośkę na Mariolkę, a Mariolkę na Ewę. I za każdym razem jest właściwie tak samo, a w zasadzie jest coraz gorzej. Widać gość nie usłyszał nigdy sentencji Andrzeja Poniedzielskiego, który mawia, że kobiety nie zmienisz, a nawet jak zmienisz, to i tak nic nie zmieni. Święte słowa.” [„Poczekalnia marzeń”, jw., s. 321 – 323].

Czytelniczki: 🙂

Pan Krzysztof: „na koniec cytat z Einsteina, on powiedział, że: „Są dwa sposoby na życie. Jeden sposób jest taki, jakby nic nie było cudem. A drugi, to tak jakby wszystko było cudem” – i ja się zdecydowanie trzymam tego drugiego sposobu na życie i tak się staram patrzeć!”

(przepisała A.D.)

 

Print Friendly, PDF & Email